Biegłam opustoszałą ścieżką w dół stromego zbocza. Traciłam dech, lecz musiałam zdążyć. Musiałam...
Moim celem był mały domek w opustoszałej wiosce leżącej nieopodal. Jego mieszkańcami była rodzina Cywińskich. Zależało mi tylko na jednym - pożegnać się z Jankiem.
Ostatnie metry pokonałam długimi susami. Dopadłam zdezylowane drzwi i otworzyłam je na oścież. Klamka z cichym stukiem odbiła się od ściany. Rozejrzałam się. Pomieszczenie było puste.
Upadłam na zimną podłogę i zapłakałam. Nie mogłam w to uwierzyć. Zostawił mnie.
Podniosłam się z klęczek i otrzepałam spodnie z paproci. Wyjęłam z kieszeni śnieżnobiałą chusteczkę i wydmuchałam hałaśliwie nos. Zaśmiałam się, jak skomentowałby to mój ojciec.
- Żegnaj, Jaśku. Do zobaczenia w wakacje. - wyszeptałam w przestrzeń.