czwartek, 12 maja 2016

Rozdział 1

Otworzyłam gwałtownie oczy. Promienie słońca zaatakowały moje źrenice, które szybko osłoniłam powiekami. Zerwałam się z łóżka i spojrzałam ze zgrozą najpierw na kalendarz, a potem na zegar.
- O kurczaki! - wykrzyknęłam. Była 9:30, co połączeniu z datą pierwszego września było katastrofą.
Zbiegłam z hałasem do kuchni na parterze, gdzie zastałam mamę krzątającą się wesoło przy blacie.
- Mam półtora godziny! Nie zdążę na pociąg do Hogwartu! - wydarłam się na cały głos.
- Córeczko, spokojnie. - jęknęła matka. - Obudzisz ojca.
Natychmiast zamilkłam. Ojciec, bo tak zwykle mawiałam na tego człowieka, wcale nie był ze mną spokrewniony. Odpowiednim określeniem byłoby ojczym, jednak mąż mamy kategorycznie zakazał tej formy.
Moja rodzina to kompletne przeciwieństwa. Julia - rodzicielka, miła, wiecznie uśmiechnięta. Thomas - ojczym, surowy, ostry, ponury.
Patrycja - ja, mysza, spokojna, wrażliwa.
Nie ma co, super życie.
- A co, jak nie zdążymy? - wyszeptałam z niepokojem.
- Spokojnie, ojciec na pewno trzyma wszystko w ryzach. Mam nadzieję, że się spakowałaś?
- Oczywiście!
Julia postawiła na stole talerz z kanapkami, które szybko zjadłam.
- A więc idź się ubierz. - mruknęła mama. Natychmiast wykonałam jej polecenie.
Wbiegłam na górę, złapałam ubrania leżące na szafce i zatrzasnęłam drzwi łazienki. Wpierw umyłam się a następnie wyszorowałam zęby. Założyłam soczewki kontaktowe. Wcisnęłam na siebie kanarkowo żółty t-shirt, obcisłe, czarne szorty, skarpetki i nowiutkie trampki. Przeszłam do toaletki i wykonałam szybki makijaż, a usta pociągnęłam krwistoczerwoną szminką.
Wybiegłam czym prędzej na schody, sprawdzając uprzednio godzinę. 10:05. No nieźle. Na peron jedzie się ponad pół godziny - i to bez korków.
- Już jestem! - krzyknęłam, zbiegając do kuchni, jednak natychmiast umilkłam, gdy ujrzałam przy stole ojca.
- Cisza! - warknął. - Nie dość, że przez ciebie się nie wyspałem, to jeszcze się drzesz!
Ojczym skończył śniadanie i powoli wstał z krzesła.
- Za 10 minut masz siedzieć w samochodzie. - mruknął na odchodnym i wyszedł z domu przez tylne wejście. Westchnęłam.
- Lepiej pójdę po kufer. - szepnęłam i poszłam po walizę. Najtrudniejsze było starganie jej po schodach, gdyż pełna była ciężkich ksiąg z zaklęciami i składników eliksirów. Podekscytowana, wcisnęłam magiczną różdżkę do tylnej kieszeni i z trudem zeszłam na dół.
Uścisnęłam mamę.
- Zobaczymy się w Boże Narodzenie. - powiedziałam. - Oj, mamo, nie płacz. - jęknęłam, ocierając jej twarz.
- A-ale to t-takie smut-tne, b-bo jesteś-ś moją j-jedyną cór-reczką...
- Ach, no, nie płacz. Już. - pocałowałam ją w policzek. - Spóźnię się na pociąg.
- D-do zob-baczenia, cór-rciu... - Julia pogłaskała mnie po fioletowych włosach.
Wyszłam na dwór i ruszyłam ku zaniedbanemu garażowi. Rozejrzałam się i westchnęłam, spoglądając na pobliski las. Tam mieszkał Janek. Mój starszy kolega od września tamtego roku uczęszcza do Hogwartu. Byliśmy bardzo zżyci - jedni z niewielu Polaków w Anglii, co dopiero czarodziei (Mugolaków) - do czasu, gdy musiał wyjechać. Nie pożegnał się ze mną, a w te wakacje nigdy mnie nie odwiedził, choć dobrze wiedział, że też pójdę do Hogwartu. Tak dobrze pamiętałam jego jasne włosy, idealnie ułożone, które błyszczały w słońcu. Jego duże, błękitne, hipnotyzujące tęczówki, wpatrujące się we mnie. Jego szeroki uśmiech...
- Długo mam czekać? - usłyszałam ordynarny głos ojca tuż przy uchu. - Wsiadaj do samochodu.
Natychmiast to zrobiłam, a ojczym zapakował kufer do bagażnika, usadowił się na siedzeniu kierowcy i ruszyliśmy.
O 10:50 byliśmy na peronie. To znaczy, ja byłam, bo ojciec zostawił mnie samą i odjechał. Zrobiło mi się przykro, lecz czego się mogłam po nim spodziewać?
Przebiegłam niezauważenie przez barierkę i stanęłam na peronie 9 ¾.
Oślepiło mnie ostre światło. Ciągnąc za sobą kufer, rozglądałam się uważnie. Krwistoczerwony pociąg stał na szynach wśród kłębów dymu. Wdawało mi się to tak nierealne...
Złapałam za rączkę i wciągnęłam walizkę do wagonu. Ledwo znalazłam pusty przedział i usadowiłam się w nim, stawiając bagaż na półce <bagażowej>, uprzednio wyciągając nowo wydaną książkę 'Chłopiec, który zmienił świat - Harry Potter - autobiografia'. Czytałam ją już w domu, lecz nie miałam się czym zająć.
Zaczytana w przygody mojego idola nie zauważyłam, że jest już za minutę jedenasta. Wyjrzałam przez okno. Wśród setki uczniów stał on - Janek Cywiński - i, co gorsza, patrzył prosto na mnie. Natychmiast odwróciłam wzrok. Fioletowe włosy zakryły moją twarz, tak, że chłopak nie mógł już jej widzieć. Prawdopodobnie nie wiedział, że przefarbowałam włosy. Ostatni raz widział mnie jeszcze w blondzie. Napawało mnie to smutkiem - to było tak dawno temu... Gdyby jednak pożegnał się ze mną wtedy, rok temu, wszystko potoczyło by się zupełnie inaczej. Być może siedziałby teraz naprzeciwko mnie, dowcipkowalibyśmy...
- Przepraszam. Mogę się dosiąść?
Natychmiast spojrzałam w stronę otwartych drzwi przedziału. Stała tam śliczna, złotowłosa dziewczynka, o błękitnych oczkach i słodkim, acz niepewnym uśmiechu. Zamrugałam.
- Pewnie. Siadaj. - powiedziałam. Dziewczyna usiadła naprzeciwko mnie i podała mi rękę.
- Victoire Weasley. - drgnęłam na dźwięk tego nazwiska.
- Patrycja Wolska. Miło mi. - uścisnęłam jej dłoń.
Blondynka odgarnęła sięgające ramion włosy i przyjrzała mi się uważnie.
- Chyba nie pochodzisz z Anglii, prawda? - spytała. Pokręciłam głową.
- Nie, nie. - zaprzeczyłam. - Pochodzę z Polski, ale przeprowadziłam się tu kilka lat temu. Moja mama ożeniła się ponownie - z Anglikiem. Jestem mugolaczką.
- Ja jestem czystej krwi, ale jestem też tolerancyjna. Nie mam problemów z pochodzeniem innych ludzi. Rodzina ze strony mojej mamy pochodzi z Francji. Jestem też w 1/8 wilą. Wiesz, co to? - spytała.
- Tak. Czytałam dużo o życiu za czasów Wojny Czarodziejów. Widziałam to nazwisko - Weasley...
- Ah, tak. - Victoire pokiwała głową. - Mój wujek, Ronald Weasley, jest przyjacielem Harry'ego Pottera. No a wujek Harry ożenił się z ciocią Ginny.
- Masz w rodzinie Harry'ego Pottera??? - omal nie krzyknęłam z zaskoczenia.
- Emm, tak. - jęknęła blondynka. - Ale się tym nie chwalę.
- Oh, przepraszam. - powiedziałam szczerze. - Kim są twoi rodzice?
- Fleur Weasley z domu Delacour i William Weasley, ale woli gdy się do niego mówi Bill. - powiedziała Victoire z uśmiechem. - A twoi?
- Julia Wolska i Wiktor Modelewski, ale ojca nigdy nie poznałam. Mam za to ojczyma -Thomasa Gattera. - wyjaśniłam w skrócie. - Jest trochę surowy.
- Jak bardzo trochę? - zażartowała blondynka. Zachichotałam.
- No dobra, jest bardzo surowy. - westchnęłam przeciągle.
- Nie martw się. - szepnęła Victoire, kładąc dłoń na mojej. - Zresztą, mój wujek, Percy, jest okropny. Potrafi zanudzać dwie godziny o swojej pracy w ministerstwie. - dziewczyna rozładowała atmosferę. Wybuchłam śmiechem.
Wyjrzałam przez okno. Nawet nie zauważyłam, kiedy wybiła jedenasta.
- Ale to jest to! - krzyknęła blondwłosa. - Jedziemy do Hogwartu. Jahoo! - zaczęła dziko wymachiwać rękami. Nagle jednak spoważniała. - Do którego domu chcesz trafić? - zapytała.
- Dobre pytanie. Może... - zawahałam się. - ... do Gryffindoru?
- Ja też! - ucieszyła się dziewczyna. - Cała moja rodzina tam trafiła, dlatego nie mogę jej zawieść. To znaczy, cała rodzina od strony taty. - dodała, biorąc poprawkę na ostatnie zdanie. - A co to?
Dopiero teraz zauważyła, co trzymam w ręku. Nadal miałam w dłoniach (naprawdę jej nie odkładałam?) autobiografię Harry'ego Pottera. Pokazałam blondynce okładkę.
- O, to książka wujka! - zauważyła Victoire. Zaczerwieniła się. - Czytałaś do końca? - potwierdziłam. - Mogę ci coś pokazać? - kolejna zgoda z mojej strony. Ciekawa byłam, o co dziewczynie chodzi. Blondwłosa delikatnie wzięła autobiografię i szybko przekartkowała.
- To tu. - odwróciła książkę w moją stronę i pokazała rozdział 'Wszystko dla rodziny'. - To ja. - wskazała na około dziesięcioletnią jasnowłosą dziewczynkę na ruchomej fotografii całej rodziny chłopca, który przeżył. Uśmiechała się serdecznie, machając rączką, a jej drugą dłoń trzymał rok starszy chłopiec o czuprynie, co chwila zmieniającej kolor. Zafascynował mnie on.
- Kto to? - zapytałam, wskazując na ową postać. Victoire zachichotała.
- To Teddy Lupin. Jest chrześniakiem wujka Harry'ego. Jego rodzice zginęli w bitwie o Hogwart, a wychowuje go babcia. To mój najlepszy przyjaciel. - uśmiechnęła się do zdjęcia. - Idzie teraz do drugiej klasy, do Ravenclaw.
Druga klasa? Janek też idzie na drugi rok...
Drzwi przedziału otworzyły się. Do środka wsunęła się kształtna kobieta w średnim wieku, o popielato blond włosach.
- Dzień dobry, kochane. Coś z wózka? - zapytała, wskazując na wózek załadowany najróżniejszymi słodyczami. Ja i Victo jednocześnie zerwałyśmy się na równe nogi.
Nigdy nie widziałam jeszcze takich przysmaków. Zaintrygowana, zakupiłam Fasoki Wszystkich Smaków Bertiego Botta, Czekoladowe Żaby, Kociołkowe Pieguski oraz Pałki Lukrecjowe. Blondynka wzięła po trochu z każdego rodzaju słodyczy. Zapłaciłam za to wszystko pięć sykli i dwa knuty.
- Jejciu. - wyszeptałam, kiedy kobieta oddaliła się, a ja wysypałam zakupy na fotel obok. Natychmiast porwałam jednego Pieguska.
- Jadłaś kiedyś to? - spytała Victoire, pokazując pudełko fasolek. Otrzymawszy zaprzeczenie, pisnęła. - Niektóre smaki są normalne, na przykład czekoladowe, ale możesz trafić na gorsze. Wujek George przysięga, że kiedyś trafił na goblinowy.
Wzdrygnęłyśmy się. Widziałam w jakiejś książce zdjęcia goblinów. Kiedy wyobraziłam sobie, iż miałabym coś takiego w ustach, powstrzymałam odruch wymiotny.
Wysypawszy na otwartą dłoń garść fasolek, wybrałam zieloną i przeżułam.
- Kiwi. - osądziłam, po czym próbowałam dalej. - Czekolada. Truskawka. Banan.
- Czemu trafiasz na najlepsze? - jęknęła Victoire, wypluwając szarą fasolkę.
- To się nazywa szczęście. - zażartowałam. - Teraz to? - zapytałam, patrząc z niepokojem na pudełko Czekoladowych Żab. - Czy to są...
- Prawdziwe żaby? Nieee. - uśmiechnęła się blondynka. - W środku są za to karty do kolekcjonowania.
Otworzywszy kartonik, złapałam przysmak i włożyłam do ust. Dopiero teraz zauważyłam mały kartonik, znajdujący się na dnie.
- Harry Potter? - to nawet nie było pytanie, tylko zdanie wyrażające rozczarowanie.
Brunet z fotografii wyszczerzył zęby i zniknął. Odwróciłam kartę.
'Harry Potter (31 lipca 1980r. - xxx)
Najwybitniejszy czarodziej, zaraz po Albusie Dumbledorze. Chłopiec, który jako jedyny przeżył zaklęcie Avada Kedavra. Pokonał czarnoksiężnika Volddmorta, oczyścił świat z czarnej magii. Bohater II Bitwy o Hogwart.'
- Tia. - prychnęłam. Westchnęłam i spojrzałam na korytarz pociągu. Zamarłam. Stał tam Janek.
- Poczekasz chwilę? - spytałam Victoire, ale wcale nie czekałam na odpowiedź. Wybiegłam na korytarz w tym samym momencie, kiedy Cywiński odwrócił się i odszedł.
- Janek! Janek! - krzyknęłam i pobiegłam za nim. Złapałam go za nadgarstek i pociągnęłam.
- Jasiek! - syknęłam.
Blondyn obrzucił mnie chłodnym spojrzeniem, od którego dostałam gęsiej skórki. Puściłam jego rękę.
- Czego chcesz? - warknął.
Nie widziałam przyjaciela przez cały rok. Zmienił się. Zmężniał. Wydoroślał.
- Jak to czego? - mój głos stał się piskliwy. - Pojechałeś do Hogwartu nawet się nie żegnając, przez całe następne wakacje nie dawałeś znaku życia, a teraz mnie nie zauważasz! O co ci chodzi?
- O co CI chodzi? - prychnął Janek. Przypomniało mi się pewne powiedzenie - "Gdyby spojrzenia mogły zabijać, mogłabym już kupować trumnę". - Zachowujesz się jak gówniara, którą zresztą jesteś.
Zamarłam, a w moich oczach pojawiły się łzy.
- Przyjaźnimy się od czterech lat, a ty mówisz, że...
- Nie. - przerwał mi ostro Cywiński. - Przyjaźniliśmy się. Zostaw mnie w spokoju, przez ciebie będę się musiał tłumaczyć przyjaciołom.
- To teraz to są twoi przyjaciele? - spojrzałam na cztery postacie na końcu korytarza. - Dlaczego...
- Koniec. - ponownie wtrącił się blondyn. - Daj mi spokój raz na zawsze.
Po czym odwrócił się i odszedł ze swoimi "przyjaciółmi".
Słone, gorące łzy spływały po moich zaróżowionych policzkach, skapując na bluzkę. Jak on mógł? Po tylu latach przyjaźni...
Biegiem wróciłam do przedziału. Victoire spojrzała na mnie, przerażona.
- Co się stało?
- Mój przyjaciel... - wykrztusiłam z ledwością. - ... Janek, zostawił mnie... Powiedział, że już się nie przyjaźnimy... Przez cztery lata...
- Już, spokojnie. - blondynka usiadła obok mnie i otoczyła ramieniem. - Spokojnie.
Drzwi przedziału otworzyły się, a do środka weszła niziutka dziewczyna o ciemnych warkoczykach, w okularach, wyglądająca na około dwanaście lat.
- Przepraszam, mogę tu usiąść? - spytała lękliwie. - Lola wyrzuciła mnie z przedziału.
- Pewnie. - powiedziała Weasley'ówna. Dziewczyna usiadła naprzeciwko mnie. Szybko otarłam twarz, próbując się ogarnąć. Nie myśl o NIM!
- Jestem Patrycja, a to Victoire. - przedstawiłam się.
- Alissa Whitewind. Ravenclaw, klasa druga. - powiedziała oficjalnie nieznajoma. - Miło mi.
- Znasz Teda Lupina? - zapytała blondynka. Alissa uśmiechnęła się.
- Owszem. Dużo mi o tobie opowiadał. - zachichotała.
- Mam nadzieję, że nic głupiego...
- Nie, nie martw się. - powiedziała panna Whitewind.
Czas zleciał nam na opowiadaniu o przygodach Alissy z "przyjaciółkami" z dormitorium. Nawet nie zauważyłyśmy, kiedy musiałyśmy przebierać się w szaty, strój kędzierzawowłosej był w barwach bieli i niebieskiego.
Wysiadłyśmy z pociągu o zmierzchu.
- Powodzenia! Trzymam kciuki! - krzyknęła Alissa i pobiegła w stronę grupki chłopców z Hufflepuffu. Ja i Vicky skierowałyśmy się do Hagrida - półolbrzyma o dzikiej twarzy.
- Czołem, Hagridzie! - krzyknęła blondynka, uśmiechając się. Mężczyzna poskoczył lekko.
- Victoire! Ty już do Hogwartu? Ho, ho, pierwsza Weasley! - zawołał. - Wszyscy pirszoroczni są? Za mną!
Ślizgając się i potykając, ruszyliśmy wąską ścieżka przez gęsty las. Po chwili stanęliśmy na brzegu ogromnego jeziora. Zobaczyliśmy ogromny zamek z wieloma basztami i wieżyczkami.
- Po czterech do łodzi, ani jednego więcej! - zawołał Hagrid, wskazując na flotyllę łódeczek przy brzegu. Ja i Victoire weszłyśmy do jednej razem z jakimiś blondwłosymi bliźniaczkami.
- Wszyscy siedzą? Naprzód! - ryknął Hagrid.
Wyszedłszy na brzeg, ruszyliśmy w górę wydrążonym w skale korytarzem. Potem wspięliśmy się po kamiennych stopniach i stłoczyliśmy wokół olbrzymiej dębowej bramy. Hagrid trzykrotnie uderzył pięścią w bramę zamku.
Weszliśmy do środka. Powitała nas wysoka szatynka, w czerwonej tiarze.
- Pirszoroczni, pani profesor Flood.
Nauczycielka odesłała półolbrzyma skinieniem głowy i otworzyła drzwi do sali wejściowej.
- Witajcie w zamku Hogwart. - oznajmiła donośnym głosem. - Zaraz zostaniecie przydzieleni do domu. Są cztery...
- Wiesz, jak będzie przeprowadzana Ceremonia Przydziału? - spytała się Vicky, nachylając ku mnie.
- Tak, czytałam o tym. Przydziela nas stara Tiara Przydziału?
- O, tak. - wskazała na wychodzącą właśnie profesorkę. - Zaraz wejdziemy.
W chwilę później prof. Flood wróciła.
- Chodźcie za mną.
Więc weszliśmy.
Było to najpiękniejsze miejsce na świecie. Tysiące świec unoszących się w powietrzu, cztery stoły. Nad nami wisiało aksamitnoczarne sklepienie upstrzone już gwiazdami. Czytałam, że jest zaczarowane.
Flood postawiła przed nami stołek i postrzępioną tiarę. Jej szew rozpruł się i zaczęła śpiewać. W uszach zaczęło mi szumieć. Czułam, że zaraz zemdleję.
- Patty? - wyszeptała Victo. Otrząsnęłam się i zaczęłam klaskać, gdyż zaczęli go robić inni uczniowie. Miałam ochotę zwymiotować.
- Abbery, Delfina.
- Abbott, Bethany.
- Anderson, Christian.
- Angel, Cheyenne.
- Belby, Franklina.
- Beverly, Anthony.
- Carter, Cashmere.
- Cat, Nina.
- Chang, Isabella.
- Chenal, Emanuel.
- Clearwater, Barbara.
- Deliver, Arnold.
- Erdberg, Ariana.
- Feather, Luize.
- Finnigan, Solcar.
- Greather, Ian.
- Hower, Genevieve.
- Hower, Geraldine.
- Isser, James.
- Killder, Cecylie.
- Looser, Becky.
- Markson, Anna.
- McMillan, Yasmine.
- McMillan, Yvonne.
- Norton, Simon.
- Nott, Martina.
- Nott, Maximilian.
- O'dair, Goophy.
- Piss, Chace.
- Pollo, Alexander.
- Poulteries, Kokaler.
- Raven, Bartemiusz.
- Rice, Hanna.
- Rovinder, Opess.
- Show, Grizeldina.
- Sosarell, Arthur.
- Soverin, Michaella.
- Stick, Albert.
- Swan, Luke.
- Thor, Victor.
- Travers, Raspell.
- Uretes, Elizabeth.
- Weasley, Victoire.
Zamarłam. Z wyczekiwaniem patrzyłam, jak blondynka podbiega do stołka i zakłada tiarę.
- GRYFFINDOR!
Dziewczyna, powitana okrzykami, podbiega do stołu Gryfonów.
- White, Katherine.
- Willburn, Boris.
- Wolska, Patrycja.
Zesztywniałam. To ja. Teraz ja. Powoli podeszłam do stołka i włożyłam kapelusz.
Hmm. Ciekawe. Mnóstwo sprytu, inteligencji. Odwaga, charyzma. No i gdzie cię przydzielić?
Do Gryffindoru, pomyślałam zdenerwowana.
Do Gryffindoru? - powtórzyła tiara. - Ech, pasujesz tam?
- RAVENCLAW!
Nie. Nie. Nie. Nie.
Zdjęłam kapelusz i ruszyłam w stronę stołu Krukonów. Usiadłszy obok - bodajże - Cheyenne Angel, wypatrzyłam Victoire. Patrzyła na mnie z bólem.
- Visder, Ulla.
- Xonn, Jacob.
- Yaxley, Zack.
- Zabini, Chlöe. *


***


Szłam na końcu grupy pierwszoroczniaków z przydziałem do Ravenclawu. Prowadziła Prefekt Naczelna - Ámbar Jeans, charyzmatyczna okularnica o rudych włosach.
Wszyscy się na mnie gapili, pewnie przy kolor moich włosów. Pomyślałam, jak niebieski mundurek będzie się kłócił z fioletową farbą. Okropność.
Ámbar stanęła przed drzwiami z kołatką w kształcie orła.
- Co było pierwsze: Czarodziej czy Magia? - spytała kołatka. Prefekt wzruszyła ramionami.
- Myślę, że odpowiedź brzmi: koło nie ma początku.
- Gratuluję rozsądku.
Drzwi otworzyły się. Weszliśmy do okrągłego pokoju o ścianach obwieszonych niebiesko-brązowymi tkaninami. Były tam stoliki, fotele, biblioteczki, a w niszy naprzeciw drzwi stał wysoki posąg z białego marmuru. Rozpoznałam w niej Rowenę Ravenclaw.
- To drzwi do dormitoriów chłopców, a to dziewcząt. - powiedziała ruda siedemnastolatka. - I pamiętajcie: Kto ma olej w głowie, temu dość po słowie! - po czym odeszła.
Wszyscy rzucili się do pokoi. Ja podeszłam do biblioteczki, zerkając na tytuły książek. Same klasyki.
Przyjrzałam się popiersiu Roweny. Na jej głowie został wyryty diadem. Dużo czytałam o nim w Historii Hogwartu i Biografii Harry'ego Pottera.
Victoire. Przypomniałam sobie jej bladą twarz, kiedy patrzyła na mnie ze smutkiem.
- Patrycja? - usłyszałam znajomy głos. To była Alissa.
- Hej. - szepnęłam. - Victo jest w Gryffindorze.
- Wiem. - mruknęła dziewczyna. Przytuliła mnie mocno. - Idź spać. Trzymaj się.
- Dobranoc. - skierowałam się w stronę dormitorium. Na jednych z drzwi widniała tabliczka: 'Cheyenne Angel, Ariana Erdberg, Genevieve Hower, Geraldine Hower, Patrycja Wolska'. Otworzyłam drzwi.
- Hej, jestem... - z zawodem zorientowałam się, iż cała czwórka już śpi. Prychnęłam cicho. No jasne.
Rzuciłam się na ostatnie puste łóżko i spojrzałam w sufit.
Jeśli każdy dzień będzie taki, jak ten, to... to "świetnie".




* Niedługo dodam stronę (zakładkę) z listą uczniów klas pierwszych i ich przydziału.